Augustów zawsze był miastem wody. Miastem, które oddychało ciszą jezior, szumem trzcin, pluskiem wioseł i śmiechem dzieci na rowerach wodnych. To jeziora były jego sercem, płucami i największym kapitałem. Były przestrzenią, gdzie przyroda spotykała się z człowiekiem, a człowiek potrafił uszanować naturę. Jeszcze niedawno wystarczyło zarzucić pusty haczyk, by wrócić z pełnym wiadrem ryb.
Jeszcze niedawno woda tętniła życiem – raków było tyle, że stanowiły naturalny symbol czystości jezior. A wędkarze mówili z dumą: „Tutaj ryba sama bierze”. Augustów był miejscem, do którego przyjeżdżało się nie tylko po wypoczynek, ale po prawdziwy oddech.
Dziś ten oddech staje się coraz krótszy. Jeziora milkną. Ryb brakuje, raków nie widać. A w sezonie zamiast ciszy słychać ryk silników. Zamiast spokoju – fale i chaos. „Turyści motorowodni” przyjeżdżają nie po ciszę, nie po przyrodę, lecz po adrenalinę. Pędzą, hałasują, robią z jezior tor wyścigowy. I odjeżdżają, nie zostawiając nic – ani pieniędzy w lokalnej gospodarce, ani szacunku dla miejsca, które miało im służyć.
Kto na tym korzysta? Na pewno nie mieszkańcy. Na pewno nie miasto. Wypożyczalnie kajaków, żaglówek czy rowerów wodnych z roku na rok tracą klientów, bo kto odważy się wypłynąć wiosłem, gdy obok szaleje motorówka? Rodziny z dziećmi wolą zostać na brzegu, bo nie czują się bezpiecznie. Cisza, która była największym atutem Augustowa, zamieniła się w towar luksusowy – coraz trudniej ją znaleźć.
A budżet miasta? Teoretycznie turystyka powinna być jego siłą napędową. Ale zyskują tylko ci, którzy hałasują. Bo „turyści motorowodni” przywożą własny sprzęt, własne paliwo i własny styl spędzania czasu. Nie wynajmują kajaków, nie płacą w lokalnych punktach, nie tworzą wartości dodanej. Ich obecność zostawia głównie ślad w wodzie i powietrzu.
Czy o taką turystykę walczyliśmy? Czy o takim Augustowie marzyli ci, którzy go budowali? Czy naprawdę chcemy, by nasze jeziora stały się pustynią hałasu i spalin, w której nie ma już miejsca dla życia?
Miasto, które oddycha, to miasto, które ma czyste jeziora i ludzi, którzy mogą na nich odpoczywać. Miasto, które oddycha, to wspólnota, która potrafi powiedzieć: „Dość. Nie chcemy być ofiarą cudzej pychy i cudzej prywaty. Nie pozwolimy, by to, co najcenniejsze, zostało zniszczone.”
Bo Augustów nie może być tylko przystankiem dla motorówek. Augustów musi być miejscem, które daje życie – mieszkańcom, turystom i samej przyrodzie. Jeśli pozwolimy, by nasze jeziora zamilkły na zawsze, to stracimy nie tylko przyrodę. Stracimy duszę miasta.
Może więc czas, by mieszkańcy zaczęli głośno krzyczeć. Bo władza lubi mówić o inwestycjach, o rozwoju, o „atrakcyjności turystycznej”. Ale rozwój nie polega na tym, by sprzedać ciszę za hałas, a życie za adrenalinę. Prawdziwy rozwój polega na tym, by chronić to, co jest najcenniejsze – by kolejne pokolenia mogły jeszcze poczuć zapach jeziora, usłyszeć ciszę trzcin i zobaczyć, jak rak wraca do wody.
Augustów musi znów nauczyć się oddychać. A jeśli nie zadbają o to ci, którzy rządzą, zrobią to ci, którzy naprawdę tu żyją. Bo miasto nie należy do władzy. Miasto należy do ludzi.
Obserwator



Tak. To prawda