Groby czerwonoarmistów – zapomniana pamięć czy niewygodny symbol?

cały obelisk cmentarz żołnierzy armii radzieckiej

Na Dąbku, w cieniu dawnych sosen i obok willi, w której bywał prezydent Mościcki, stoi skromny pomnik. Żaden turysta nie znajdzie go w przewodniku, żaden mieszkaniec nie idzie tam zapalić znicza w listopadzie. Ot, betonowe słupki, kawałek ogrodzenia i tablica z napisem:

Brzmi znajomo? I słusznie. Bo kilka kilometrów dalej, na cmentarzu parafialnym przy Zarzeczu, znajdziemy niemal identyczny napis na monumentalnym obelisku. Tam spoczywa ponad 1500 żołnierzy Armii Czerwonej, ekshumowanych z powiatu augustowskiego i pochowanych w jednym miejscu.

Na Zarzeczu prowadzi do nich szeroka, wybrukowana aleja. Obelisk z czerwoną gwiazdą stoi na wysokim cokole, wokół rozłożone są tablice z nazwiskami. Miejsce oficjalne, wpisane do rejestru zabytków, teoretycznie otoczone opieką. A jednak i tu widać ślady obojętności: popękany beton, farba odłażąca od ścian, napisy wydrapane na tablicach.

Pamięć w rozdarciu

Dąbek i Zarzecze. Dwa miejsca, ta sama historia, ten sam przekaz: żołnierze Armii Czerwonej polegli na naszej ziemi w latach II wojny światowej. Różnica jest tylko w skali – jedno to skromna, zapomniana mogiła w lesie, drugie – monumentalne cmentarzysko w sercu miasta.

Ale dziś to już nie tylko miejsca pamięci. To także polityczny problem.

Bo jak mówić o czerwonoarmistach, gdy w telewizji codziennie widzimy rosyjskie rakiety spadające na ukraińskie miasta? Jak odczytywać czerwoną gwiazdę – jako symbol ofiary w walce z Hitlerem, czy jako znak armii, która po 1944 roku nie przyniosła Polsce wolności, tylko nowe zniewolenie?

Wojna zabrała im twarze

Wzdłuż alejki na Zarzeczu można znaleźć kilka tablic z nazwiskami. Choćby Filip Andriejewicz Żigaidło (1903-1944) – żołnierz Armii Czerwonej, który zmarł z ran odniesionych w bitwie pod Hutą. To jeden z niewielu, którzy odzyskali indywidualne imię i historię.

Reszta to bezimienna masa. Ponad 1500 ciał, które sprowadzono z lasów, pól i obozów, by pogrzebać je wspólnie. Młodzi ludzie, wyrwani z domów setki kilometrów stąd, często bez grobu, który mogliby odwiedzić ich bliscy.

Dąbek jest jeszcze bardziej anonimowy. Tam nie ma żadnych nazwisk, żadnych dat. Tylko krótki napis i cisza lasu.

Niewygodna spuścizna

Nie ma co ukrywać – to miejsca niewygodne. Nie pasują ani do narodowej narracji, ani do lokalnej tożsamości. To nie bohaterowie AK, nie ofiary Obławy Augustowskiej, nie polscy cywile. To radzieccy żołnierze – a więc i ofiary, i zarazem przedstawiciele systemu, który po 1944 roku odebrał nam wolność.

Dlatego te groby żyją dziś gdzieś na marginesie. Nie ma tam uroczystości, nie ma świeżych kwiatów. Są tylko sporadyczne znicze, często stawiane przez pasjonatów historii, nie przez instytucje. A przecież to również część naszej historii. Historia trudna, pełna sprzecznych emocji. Ale jeśli ją przemilczymy, to oddamy pola tym, którzy chcą pamięć pisać tylko w czarno-białych barwach.

Cienie, które zostają

Może właśnie w tym tkwi sens „Cieni historii Augustowa” – by przywoływać miejsca, które bolą i dzielą, ale które są. By przypominać, że wojna nie wybierała. Ginęli Polacy, ginęli Żydzi, ginęli Rosjanie, Litwini, Niemcy. Wszyscy zostali w tej samej ziemi, w tych samych lasach.

Dąbek i Zarzecze to dwa głosy tej samej opowieści. Opowieści, która mówi, że wojna nie ma zwycięzców, tylko groby.

Tekst jest częścią cyklu „Cienie historii Augustowa”, publikowanego na łamach portalu Augustów pod lupą. To seria artykułów przypominających dramatyczne wydarzenia z przeszłości naszego miasta

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *