
Władza w mieście to nie zaszczyt, lecz służba. Powinna być ciężarem odpowiedzialności, a nie trampoliną do prywatnych ambicji. A jednak zbyt często widzimy, jak ci, którzy mieli służyć, zaczynają myśleć wyłącznie o sobie. Zamiast mostów budujących wspólnotę, stawiają pomniki własnych interesów. Zamiast przejrzystości – zasłaniają się dokumentami, formalnościami i pustymi przemówieniami.
Czy nie zauważyliście, że te słowa powtarzają się jak echo? „Robimy to dla dobra mieszkańców” – a w tle zawsze czai się pytanie: dla czyjego dobra naprawdę?
Miasto nie jest abstrakcją. To nie plan budżetowy ani tabele w dokumentach. Miasto to ulice, które codziennie przemierzamy. To szkoły, w których uczą się nasze dzieci. To chodniki, którymi idzie starsza pani do apteki. Miasto jest jak żywy organizm – jeśli karmisz je prawdą i uczciwością, rozwija się, rośnie i daje siłę mieszkańcom. Jeśli karmisz je kłamstwem i bylejakością, zaczyna chorować.
Nie od razu widać pierwsze objawy. To drobne pęknięcia: niespełnione obietnice, niedokończone inwestycje, niejasne decyzje. Z czasem zamiast wspólnoty pojawia się rozłam. Zamiast zaufania – nieufność. Zamiast rozmowy – milczenie i wzajemne oskarżenia.
Każde społeczeństwo ma prawo pytać swoich przedstawicieli: Czy jesteś tu, by służyć, czy by brać?
To pytanie jest proste, ale w nim kryje się cała prawda o władzy. Nie liczy się to, co ktoś mówi na sesji rady czy w kampanii wyborczej. Liczy się to, co zostaje po jego decyzjach: czy w mieście zostaje coś trwałego, coś dobrego, czy tylko rachunki, długi i puste deklaracje.
Największym zagrożeniem dla miasta nie jest kryzys gospodarczy czy brak pieniędzy. Najgorsze jest to, gdy ludzie przestają pytać. Gdy zapadają w letarg i pozwalają rządzić tym, którzy uznają władzę za swoje prywatne poletko. Bo wtedy ci, którzy mieli służyć, zaczynają wierzyć, że wolno im wszystko.
Dlatego obowiązkiem mieszkańca nie jest tylko płacenie podatków i narzekanie przy kawie. Obowiązkiem jest czujność. Pytanie. Domaganie się odpowiedzi. To nie jest atak – to fundament demokracji i prawa do miasta.
Augustów, tak jak każde inne miasto, potrzebuje przebudzenia. Potrzebuje ludzi, którzy spojrzą władzy w oczy i powiedzą: „Tu nie chodzi o ciebie. Tu chodzi o nas wszystkich.”
Bo ratusz to nie pałac władzy. To tylko budynek. Jego sens i znaczenie tworzą mieszkańcy. Jeśli pozwolimy, by decyzje zapadały w cieniu prywatnych interesów, to właśnie tam, w sercu miasta, rodzi się choroba. Ale jeśli będziemy patrzeć pod lupą, pytać i domagać się prawdy – wtedy ratusz stanie się tym, czym być powinien: miejscem służby, nie prywatą.

Obserwator

